Pamiętacie ostatnią akcję z ucieczkami zwierząt, którą opisywałam ostatnim razem? Nie? To ciekawych zapraszam do odwiedzenia mojego autorskiego już tagu #zookeeperstuff :3

Ogólnie okazało się, że nasze kapibary zaczęły uciekać z wybiegu codziennie. Dzień w dzień wychodziła jedna lub dwie na spacer po chaszczach, by po jakimś czasie niepostrzeżenie wrócić do domu i nikt nie był w stanie ogarnąć jak one to do cholery robią. Ich wybieg jest ogromny i obejmuje całe jeziorko na terenie zoo, strefę przybrzeżną tegoż jeziorka oraz niewielką wyspę na jego środku. Do jeziora wpada też rzeczka, której ujście leży w królestwie wielkich gryzoni. Z 2 strony rzeczka płynie dalej, zasilając kolejne tereny zoologicznej bazy genów. Wszystko to otoczone jest metalowym płotem, który żałośnie próbuje imitować amazońskie liany/patyki/w sumie to nie do końca wiem co.

Opiekunowie kilkukrotnie obeszli cały wybieg, szukając wyrwy w płocie. Bezskutecznie. Próbowali też śledzić poczynania zwierzaków, ale cwane bestie doskonale wiedziały, że są obserwowane. Za każdym razem, gdy któryś z pracowników zasiadał do obserwacji, okazywało się, że kapibary tego dnia akurat nie planowały ucieczki. Cytując klasyka: No co za przypadek!
W pewnej chwili pojawił się nawet pomysł, by zostawić je w spokoju. Z zoo nie uciekną, bo otoczone murem, do wybiegów z drapieżnikami nie wejdą bo tam zabezpieczenia są nie do złamania, nikomu krzywdy nie zrobią, same do domu wracają, a terenów do eksploracji będą miały jeszcze więcej… niestety ale tutaj problemem okazali się zwiedzający, którzy widząc kapibarę dostawali szału. Bezskuteczne próby karmienia chipsami już w same w sobie są złe (prędzej czy później by się nauczyły jeść ten syf), ale drące ryja bachory, które biegały za zwierzakiem ku uciesze madek i ojdzów przekraczały wszelkie granice. Zapadła więc decyzja: kapibary trzeba zamknąć. Ale jak?

I w tym momencie wkraczam ja, agent jej królewskiej mości, mistrzyni detektywistycznego fachu. Zaoferowałam, że pomogę, bo kapibary mnie dobrze nie znają (jestem na dziale ptaków i zwykle się nimi nie opiekuję). W kapitalistycznym świecie jestem też niewolnikiem doskonałym, bo przyjście do pracy w dzień wolny to dla mnie nie problem. Więc przyszłam. Jako tajniak. W doskonałym przebraniu. Wyglądałam jak cywil.

I o dziwo kapibary dały się nabrać. Po 7 godzinach siedzenia pod wybiegiem, w trakcie których zdążyłam się trzykrotnie poryczeć z bezsilności, w końcu zaprezentowały mi swoją drogę ucieczki. Kluczem okazała się rzeczka, która wpada do jeziora. Płot przebiegał nad nią i trochę pod nią też, ale nie wszędzie. Doskonałe nurki kapibary znalazły dziurę w płocie, niewidoczną dla szczurów lądowych. Błąd konstrukcyjny został naprawiony a ja za swoją cierpliwość i poświęcenie należycie nagrodzona. Kierownik pokazał mi gest kciuka w górę i powiedział, że fajnie. 

Na zdjęciu mama kapibara, młodsze dziecko kapibara, starsze dziecko kapibara i ja zoopiekun in the front, cywil in the back

PS. Dużo osób nie mogło ostatnio uwierzyć, że kapibary są takie duże i pytało czy rzeczywiście są takie duże. Naomiast na tym zdjęciu nawet ta duża wydaje się mała. Odpowiedź brzmi – są duże. Zwłaszcza samce. Tutaj samica siedzi dalej ode mnie, więc działa perspektywa na jej niekorzyść, ale jak się przytulisz to możesz się zdziwić.

PPS. Jak ktoś chce to może zajrzeć na mojego instagrama o tej samej nazwie co tag Zookeeperstuff Tam opisuję bardziej ciekawostki o zwierzętach niż samą pracę. Prawdę mówiąc jakieś wsparcie by mi się przydało, bo atencja się nie zgadza. Piszę tam po angielsku, ale jak będzie odzew to po polsku też będę.

#pracbaza #zwierzaczki #zoo #chwalesie wykonaną misją. W komentarzach inne kapibary.