I znów kolejny sen z cyklu „pierwszy dzień w pracy”. Miewam takie regularnie co kilka miesięcy, nie wiem czemu, bo w takich imprezach brałam udział 2 (słownie dwa) razy wy życiu.

Zaczęło się od tego, że wstałam o 7, wypiłam kawę, ubrałam się w ciemny luźny sweter, jasnoszare spodni i najki. Na to puchowa, ciemnobordowa kurtka i kremowy szal, taki ciepły, a następnie wybyłam do auta po czym pojechałam na dworzec PKP by jechać do Bytomia (a więc akcja dzieje w mojej starej lokacji). Okazuje się bowiem, że firma gdzie miałam się stawić była tuż obok dworca, a w tygodniu w centrum Bytomia ponoć się nie da zaparkować. Po drodze jeszcze zrobiłam wpis na mirko, żebyście mi dali otuchy pierwszego dnia pracy paroma plusami.

Na dworcu było sporo ludzi. Ogólnie zauważyłam ostatnio dwie rzeczy. Po pierwsze moje sny są coraz bardziej zaludnione, w sensie pojawia się sporo „statystów”. Po drugie oni wszyscy mają twarze. Brzmi zabawnie, ale w snach wcale to takie oczywiste nie jest. Podobnie jak z napisami, można wiedzieć co jest napisane, ale nie koniecznie móc to przeczytać.

Po drodze kupiłam sobie jakieś picie. Faktycznie wejście po schodkach znajdowało się dosłownie kilkadziesiąt metrów od dworca. Na tarasie stało już kilka mruków i paliło fajki, obok stały dwie laski, do których podeszłam. Okazało się, że pracują w trochę innym dziale, ja miałam pracować w graficzno – IT, one w serwisie, ale bardzo szybko zaczęłyśmy się dogadywać. Niedługo otworzyli wejście i pokazały mi gdzie mam pracować. Dwa rzędy kompów w niewielkim, ale przytulnym pokoju. Wyglądały nawet porządnie. Niektórzy już je okupowali inni robili kawę, a ja czekałam oparta o framugę drzwi na szefa, który miał się zaraz pojawić.

Tylko wcześniej wydarzyła się katastrofa, otóż nagle na ekranach, jeden po drugim zaczął się pojawiać komunikat, że należy natychmiast zaktualizować sterowniki do drukarki, dalsza praca jest niemożliwa. Wybuchła panika, posypały się bluzgi, niektórzy dość niechętnie na mnie patrzyli, jakbym to ja była winna. Ogólnie w moim dziale wcale nie było dziewczyn, co mnie trochę deprymowało. Oho, przyszła baba i zaraz wszystko szlag trafił…

Nastąpiło coś co nazywamy „pożarem w burdelu”, jedni krzyczeli, inni resetowali sprzęt, jeszcze inni gdzieś dzwonili. Chwilę potem pojawił się szef, całkiem sympatyczny z wyglądu, ale zaraz puścił bardzo ciekawą wiązankę, po czym odesłał mnie na ten serwis bo i tak raczej w niczym nie pomogę. Tak więc mój pierwszy dzień od początku nie był zbyt ciekawy. Przeniosłam się więc do tego serwisu, który okazał się serwisem aparatów fotograficznych, takich lepszych i rozpoczęłam integrację z jego personelem.

Nie będę opisywać wszystkich moich przygód, ogólnie oprócz serwisu było tam jakby mini muzeum starych aparatów w gablotkach. Parę razy mało czegoś nie zrzuciłam, lub nie przewróciłam, ogólnie czułam się tam jak piąte koło u wozu, bo klienci brali mnie za obsługę. Po jakiś czasie, gdzieś koło 13 zostałam wysłana po cukier, i tu się zaczyna etap snu pod tytułem „nieznane centrum handlowe”, albo może ciąg handlowy. Wędrowałam kolejnymi pasażami w poszukiwaniu cukru, w końcu znalazłam taki sklep, gdzie go wypatrzyłam, a przy okazji podpadłam podpitym kibicom lokalnego klubu sportowego, którzy dążyli do konfrontacji siłowej, a przynajmniej jeden z nich, któremu sprzedałam kontrolnego liścia, ponieważ się zbyt spoufalał. Nawet zaczęli mnie ścigać, nie w sensie, że gonić, ale poszli za mną dość kawałek, całkiem sporą grupą, ale odpuścili po jakimś czasie.

I jak już wróciłam z tym cukrem to w aneksie kuchennym spotkała mnie kolejna katastrofa. Gdy sięgałam po kawę zaczepiłam o mały słoiczek dżemu, który spadł na blat, otworzył się i ochlapał mi bluzkę i spodnie… Normalnie masakra. Na szczęście pojawiła się jedna z dziewczyn i zaoferowała swoje ubranie zastępcze, którego używała na jakieś wyjazdy. Nie wiem jakie to były wyjazdy, ale trochę przyciasne jeansy z dziurami na udach i pastelowy sweterek we wzorki, to takie średnie połączenie. Za tu przynajmniej nie wyglądałam jak fleja.

Po tym tylko raz miałam stresującą sytuację z jakimś niemiłym babsztylem, któremu też chciałam sprzedać liścia, ale nie wypadało bić klientów pierwszego dnia, poza tym były tam kamery 😛 Gdy dzień zaczął dobiegać końca pojawiła się szefowa i okazało się, że mamy poczekać na cotygodniową pogawędkę. A już myślałam, że się zwinę do domu. Powoli się ściemniało, a nie uśmiechało mi się wędrować po nieznanych okolicach.

Jak łatwo się domyślić (co było słychać przez nie domknięte drzwi), byłam drugim, głównym tematem dnia, co w ogóle mi się nie podobało, a gdy już niby przyszła moja kolej, szefowa sobie wyszła i na odchodnym powiedziała, że jako, że jestem nowa to pogadamy sobie za tydzień. No super. I wtedy się okazało, że wszyscy idą do knajpy w pobliżu się napić. No super again. Chcąc nie chcąc poszłam z nimi. Dla odmiany wszyscy byli bardzo mili, nawet te mruki i poczułam się całkiem miło po jednym browarku.

Poszłam na fajka i zobaczyłam jedną z ciekawszych scen w tym śnie, a mianowicie wyszłam na balkon. Wychodził na jakąś rzeczkę, która znajdowała się w dość głębokim kanionie i na dodatek były na niej kry, po których skakały jakieś dzieciaki, co uznałam z cholernie głupie. Szare, ołowiane chmury przesuwały się szybko po niebie. A wzdłuż rzeczki ciągnął się rurociąg, z którego miejscami buchała para, Wyglądało to niesamowicie.

Gdy wróciłam zaczęliśmy się zbierać, dziewczyny pojechały rowerami, ja wylądowałam na dworcu, ale PKS gdzie znów spędziłam trochę czasu, bo weszłam gdzieś z boku i szukałam kas biletowych. Ludzi znowu było sporo i prawie każdy miał skitrany jakiś alkohol. A to małpkę, a to piwo… No pięknie. Błąkałam się chwilę po tym kompleksie komunikacyjno handlowym (sklepów znów było sporo), aż wreszcie znalazłam kasę i udałam się peron, wsiadłam do autobusu i zaczęłam zastanawiać, czy serio chcę codziennie spędzać czas. Patrzyłam sobie na GPS, gdzie ja w ogóle jadę, bo trasa nie była oczywista, poza tym robiło się późno i myślałam, co by tu wymyślić, żeby już tam nie wracać. I wtedy autobus wjechał w słabo oświetloną przyczepę i się obudziłam… Ufff.
Znowu wyszła ściana tekstu, a nie opisałam 1/3… Obrazek poglądowy.

#sen #sny #snyxandry i trochę #logikarozowychpaskow #pracbaza