Dzisiaj po przyjściu do pracy prawie od razu zauważyłam młodego nandu łażącego samopas po złej stronie wybiegu. O sytuacji poinfornowałam koleżanki, które od razu rzuciły się łapać ptaka. Potem dowiedziałam się, że poza tym jednym osobnikiem, po ogrodzie łazi ich jeszcze pięć, bo ktoś wczoraj nie domknął bramki. Dobrze, że pozostałe 40 wolało zostać na miejscu. Niedługo potem zostaliśmy poinformowani o ucieczce pary bardzo zagrożonych wyginięciem kaczek, oraz nieszczególnie zagrożonej wyginięciem kapibary. Nandu znalazły się na wybiegu owiec, kaczki gdzieś na alejce, a kapibara sama wróciła xD
Poza lataniem po ogrodzie jak debil, dzisiaj musiałam rozwalać kilofem duże kamienie, tak by powstały z nich małe kamienie. Poza tym robiłam też dezynfekcję jednego z pomieszczeń i się trochę z tym nalatałam. W międzyczasie dostałam 6 emaili z jakimiś dokumentami od kierownika jednego z angielskich zoo. Oczywiście był to wirus, ale ponieważ ja w sumie pewnych dokumentów od niego oczekiwałam, to zdążyłam pobrać 1 plik, zanim zorientowałam się w sytuacji. Ogólnie to pracy miałam tyle, że po powrocie do domu postanowiłam posiedzieć sobie jeszcze trochę w aucie, by zebrać siły na podniesienie szanownych czterech liter. Pół godziny później obudziła mnie jakaś pani, która myślała, że zasłabłam.
To nie był najlżejszy dzień mojego życia.

Ale z dobrych wieści w końcu mam zdjęcie z tego ogrodu, na którym nie stoję tyłem. Oto ono (w komentarzu fotka nandu, bo się śmiesznie położył):

#zookeeperstuff #pracbaza #heheszki #zalesie