Czytam sobie tutaj tak wpisy i z jednej strony są ludzie, którym w związkach nie idzie ale okazuje się, że zarabiają 15k na czysto i po godzinach zajmują się rozwojem zawodowym… WTF? XD

Chyba jednak #zwiazki to kwestia jakiegoś tam rodzaju pracy.

Ja chyba na całe życie zostanę bidolem za 4k na łapę albo i może będzie mniej. Jak mam wrócić z roboty o 16 i w sumie siadać dalej do „roboty” do nauki nowych rzeczy i zapierdalać jak dzik po jakieś certyfikaty i inne by być lepszym korposzczurem to mi się nie chce na samą myśl.

Ja to będę typowym januszem. Po pracy to ja lubię pobawić się z kotami, z żoną (#pdk), pójść na rower, na spacer, pojechać sobie gdzieś i oczyścić łeb przed kolejnym dnia pierdolnika w robocie. Pracuję sobie miło, w biurze, w firmie zagramanicznej ale nie jestem żadnym specjalistą. W zasadzie to czytając tu posty zaraz powiem, że jestem #przegryw i bidol ;p

I tak czasem sobie pomyślę, że jestem robakiem-bidakiem ale zaraz dopada mnie myśl, że miałbym porzucić swoje szczęśliwe życie w imię zapierdolu po więcej, więcej, więcej? Z drugiej strony od 3 lat stoję w miejscu, codziennie robię to samo, nie jestem coraz młodszy tylko coraz starszy, jestem ekspertem klikania w myszkę…. to słabo wygląda z tej strony.

Ale nie wiem czy czułbym szczęście, gdybym wszedł do wyścigu szczurów… Zawsze go unikałem. Nie walczyłem o wyniki na egzaminach, byle zdać. Nie walczyłem o najlepsze liceum – byle maturę zdać. Nie walczyłem o 5 na studiach – byle zdać (wtedy też przyszła myśl, by po prostu czegoś się nauczyć przydatnego i myślę, że wyciągnąłem dla siebie sporo).

Generalnie wychodzi obraz janusza bez ambicji. Tylko czekać aż piwsko zacznę żłopać co wieczór. Ale ten wyścig szczurów jest „atrakcyjny” tylko pod względem tego, że gdy w niego wejdę i zrobię milion kursów i milion godzin poświęcę na coś, co mam w dupie to zamiast 4k wpłynie 10k. Ale nie będę miał czasu na nic już do reszty. Choć przy pracy 8h i tak uwazam, że na wiele rzeczy, które lubię i które mnie interesują i tak nie mam czasu.

Ogólnie jak widzę ludzi, którzy zarabiają od 10k wzwyż na etatach, lub B2B (chociaż mnie śmieszy robić jak na etacie ale niby na własną firmę, no ale niektórym pasuje) to większość zapierdala solidnie. Mam kumpla co wyjechał z mojej mieściny do #warszawa i pracuje w #korposwiat… Idzie do pracy na 8 a jego rekord to powrót do domu o 2 nad ranem a godzina 19-20 to standard. I taki jeszcze w weekend ma siłę zapierdalać na jakieś squashe, siłownie czy chuj wie co. Dziwne, niekomfortowe. Nie znam takiego życia.

Mam też innego kumpla. Rozkręcił działalność i w sumie praca zajmuje mu sporo czasu ale nie pracuje intensywnie. Jednego dnia zapierdala od rana do 21 ale głównie jeździ, coś załatwia, pilnuje ludzi i takie tam, sam mówi, że sie nie męczy. I też średnio na miesiąc 10k+ na czysto, już po wszelkich stałych kosztach. Mój tesć też ma podobne zarobki albo i wyższe i też pracuje na ludzie. Ma ludzi, pilnuje ich i często nie jedzie nawet na robotę, bo ma ludka od tego, żeby było dobrze.

Także drogi są dwie – własna DG, która musi wypalić i trzeba mieć trochę fuksa albo ciężkie rozwijanie się, robienie kursów, nabywanie umiejętności, potwierdzanie ich certyfikatami. Na DG nie mam sensownego pomysłu a ścieżka wyścigu szczurów mnie totalnie odrzuca i myslę, że 10k za zapierdalanie od rana do nocy to żadne wynagrodzenie. Do tego jakiś dresscode, że nawet rowerem do roboty nie pojedziesz, ten cały nadmuchany sztucznością i plastikiem świat „biznesu” tak jakoś mnie zniechęca. Chyba czułbym się nieszczęśliwy.

Tak tylko chciałem wylać swój #boldupy

#pracbaza #oswiadczenie #gownowpis #zalesie